Translate

czwartek, 17 września 2015

Projekt: drewutnia


Projekt pilny ponieważ sezon letni się kończy, nieubłaganie nadchodzi sezon grzewczy i najwyższa już pora zakupić drewno do kominka. Drewno należałoby zakupić wcześniej, na początku lata, ale z powodu budowy ogrodzenia z tyłu domu, budowa domku na drewno została przesunięta w czasie.
Poza zmianą terminu realizacji nastąpiła też zmiana planu w zakresie umiejscowienia ponieważ działka na tyle domu, która początkowo miała być długa i kończyć się przy dróżce, ostatecznie jest niewielka, a za nią jest kolejna działka. Skutkuje to tym, że mieszkając w domu w zabudowie szeregowej bez dostępu do tylnej działki od zewnątrz, rokrocznie cztery kubiki drewna musielibyśmy przenosić przez salon. Wiem, że wiele osób tak właśnie robi, również nasi sąsiedzi zdecydowali się na takie rozwiązanie, ja jednak powiedziałam mu stanowcze "nie". Szkoda mi podłogi w salonie, a jeszcze bardziej szkoda mi nas - młodnieć nie będziemy, a przeniesienie takiej ilości drewna przez cały dom i działkę na jej tył wymaga sporego wysiłku. Zatem drewutnia została postawiona PRZED domem. Szukając aranżacji w internecie zorientowałam się, że jest to miejsce nietypowe dla takiej zabudowy więc tym chętniej się taką dzielę.

Postanowiłam zaprojektować wiatę na drewno o kształcie na tyle filigranowym, że nie zepsuje nam widoku przed oknem, nie będzie straszyć sąsiadów, ale będzie na tyle duża, że pomieści drewno w potrzebnej nam ilości. I będzie wyglądała spójnie z otoczeniem. 
Cały czas miałam w tyle głowy, że mieszkamy w szeregówce..



Rysunków zrobiłam kilka, wybrany do realizacji został ten, którego konstrukcja wydała się nam wizualnie najlżejsza. Wiata ma kształt litery "L", obudowana jest kratką podobną do tych, z których wykonywane są pergole tylko z grubszych listew, na dachu jest gont bitumiczny w kolorze zgaszonej czerwieni. Wysokość wiaty nieco przekracza wysokość murku ogrodzeniowego, żeby w miarę wygodnie się pod nią wchodziło, ale patrząc z zewnątrz jej daszek nie króluje ponad murkiem gdyż różnica jest kilkucentymetrowa. 




Ponieważ dzielimy działkę z sąsiadami więc daszek delikatnie opada w  naszą stronę. Nie chcieliśmy żeby woda lała się sąsiadom bo mogłoby to być uciążliwe, nie chcieliśmy też żeby woda zbierała się między murkiem a drewutnią. Jak widać spad jest minimalny:



Zgodnie z ustaleniami stolarz wykonał drewutnię w stanie surowym. Montaż i wykończenie pozostawił nam, dzięki czemu trochę zaoszczędziliśmy. 
Daszek wiaty został przedłużony, aby osłaniać kosz na śmieci. Nie chciałam mieć z kuchennego okna widoku na kubeł. Po zamontowaniu przęseł na murku kosz będzie przysłonięty również od zewnątrz.
Zdjęcie przed malowaniem:

Kotwy pod domek zabetonował mój mąż. Ja zajęłam się impregnacją, szlifowaniem i malowaniem - dokładnie w takiej kolejności - zgodnie z sugestią stolarza szlifowanie po impregnacji miało być prostsze. Przy takiej ilości listewek praca okazała się potwornie czasochłonna. Dwa tygodnie dzień po dniu, zaczynałam po pracy, kończyłam późnym wieczorem przy halogenie. Zużyłam 4 l impregnatu przeciw siniźnie drewna i robakom, 10 l lakierobejcy (jedno i drugie Sadolin), dwa papiery ścierne i kilka pędzli różnego typu. Impregnowałam dwukrotnie, żeby mieć pewność, że ewentualne robaki przywiezione z drewnem opałowym nie wejdą w drewno, z którego zbudowana jest drewutnia. Szlifowałam w dużej mierze szlifierką myszką, tylko w niedostępnych miejscach ręcznie papierem. Na szczęście okazało się, że odległości pomiędzy listwami są akurat takie, żeby szlifierka się mieściła. 
Lakierowałam dwukrotnie, przy czym pierwszy raz szło jak po grudzie bo surowe drewno pomimo wydawałoby się porządnej impregnacji piło lakier, a pędzel po szorstkiej mimo uprzedniego przeszlifowania powierzchni sunął powoli. Cóż, przyznaję, że do szlifowania się nie przyłożyłam. Nie czułam się z tym dobrze więc powtarzałam sobie jak mantrę "to tylko drewutnia, tak ma być".. ;) Zemściło się to jednak na mnie podczas malowania. Za to malowanie po raz drugi to już była bajka. Najbardziej uciążliwa była ilość zakamarków do pomalowania. Właściwie to były same zakamarki :O 




Teraz mój mąż robi podłogę i oczekujemy na drewno. Nie mogę się doczekać jak będzie prezentować się wiata nim wypełniona.


Dodatkowy i jakże istotny dla mnie bonus jest taki, że w sezonie grzewczym będziemy mogli wrzucić sobie do garażu potrzebną ilość szczap bez konieczności wychodzenia po nie do ogrodu z salonu z całą uciążliwością zmiany obuwia na zaśnieżonym tarasie. Zatem, choć ciężko mi przeboleć znaczne zmniejszenie ogródka z tyłu domu, dostrzegam i plusy takiego obrotu sprawy.



Teren wokół drewutni to już raczej temat na przyszły rok, chyba że pogoda dopisze..
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do zaglądania na bloga bo wkrótce relacje z tego, co dzieje się za domem. A tam dzieje się równie dużo :)

piątek, 11 września 2015

Wykończenie obrzeża owalnego balkonu


Dzisiaj post o bardzo wąskiej tematyce. Chcę zwrócić uwagę na wykończenie owalnego balkonu "od czoła". Nie mam na myśli barierki tyko obrzeże wylewki na balkonie, nad czerwonym daszkiem na poniższym zdjęciu.



Poniżej tego daszku był standardowo położona elewacja, nad daszkiem musieliśmy zrobić wylewkę we własnym zakresie. 
Zdjęcie przed zrobieniem wylewki:



I to właśnie wykończenie tej wylewki od zewnątrz dało nam do myślenia. Diabeł tkwi w szczegółach, a mnie ten szczegół zaprzątał głowę zdecydowanie dłużej niż same płytki na balkon. Niełatwo było znaleźć informacje na temat w internecie, dlatego zdecydowałam się poświęcić mu osobny rozdział na blogu. 


Pierwszym pomysłem wykończenia całego balkonu, łącznie z pionową krawędzią były powszechnie stosowane tu płytki. Jednak jak to zwykle bywa pojawiły się wątpliwości i zaczęliśmy się zastanawiać czy aby na pewno na obłożenie płytkami tej niewielkiej zewnętrznej powierzchni się sprawdzi.
Powodem, dla którego postawiliśmy pytajnik w tym miejscu był kształt frontowego balkonu. Żeby zachować jego ładny, owalny obrys należałoby obrzeże obłożyć płytkami pociętymi w dość wąskie paski, ułożonymi pionowo. Poza dużą ilością płytek skutkowałoby to też zwiększoną ilością fug, efekt wizualny zatem mocno niepewny.
Kolejna rzecz: znajomy sprzedawca płytek powiedział nam, że płytki w tym miejscu z czasem mają tendencję do odpadania. Mieliśmy płytki w poprzednim mieszkaniu na zewnętrznej krawędzi balkonu i nie odpadały, ale balkon był prostokątny więc i powierzchnia płytek była zdecydowania większa. Tutaj byłyby wąskie paski z płytek, mała powierzchnia klejenia i być może rzeczywiście mogłoby tak się stać. A pod balkonem ławka, z tyłu taras, wizja spadających płytek nieciekawa.
Tym samym płytki w tym miejscu zostały odrzucone. 
Po przeanalizowaniu innych opcji zdecydowaliśmy się na wykończenie obrzeża balkonu zaprawą elewacyjną i pomalowanie jej w kolorze elewacji naszego domu. Tak też zostało zrobione.
Jednak to rozwiązanie również ma wadę, o której wiedzieliśmy i podjęliśmy kroki, żeby ją w jak największym stopniu wyeliminować. Istnieje niestety szansa, że pojawią się zacieki wskutek wypłukiwania fug z pomiędzy płytek ułożonych na powierzchni balkonu i spływania tej zabarwionej fugą wody po czole balkonu, czyli po naszej zaprawie. Po wyschnięciu zostają nieładne przebarwienia. Żeby zminimalizować ściekanie wody z balkonu w taki sposób, płytki ułożono na powierzchni balkonu tak, że wystają poza jego obrys, a dodatkowo wykończone są listwą. Z uwagi na owalny kształt balkonu kupiliśmy listwę elastyczną, którą łatwo można było dopasować do jego konturu. To ta cienka brązowa linia okalająca płytki:


Dzięki wysuniętym płytkom i listwie woda spływająca z balkonu odbija się od metalowego daszka i spada na ziemię nie brudząc elewacji.
Listwa pełni nie tylko funkcję praktyczną, w moim odczuciu ładnie wykańcza płytki, które były cięte po łuku i gdyby nie ona widoczna byłaby linia cięcia.

Balkon wykończony został kilka miesięcy temu. Na razie zastosowane rozwiązanie się sprawdza, nie ma śladu po zaciekach. Sądzę jednak, że jest to jeden z tych postów do których warto powrócić za rok czy dwa, żeby podzielić się uwagami nad praktycznością takiego wykończenia balkonu. Mimo wszystko tak sobie myślę, że pomalowanie raz na kilka lat tej części elewacji, jeśli zacieki się pojawią jest do zaakceptowania. W końcu coś trzeba robić ;)

Ps. 
Płytki ułożone zastały przed wykończeniem zaprawą obrzeża balkonu.

Prostokątny w kształcie balkon z tyłu domu wykończyliśmy w podobny sposób, tylko tu listwa okalająca nie musiała być elastyczna i tym samym dostępna była szersza, lepiej chroniąca balkon przed powstawaniem ewentualnych zacieków. Jak widać różnica w szerokości znaczna.



Ps. 2. Robiąc zdjęcia dostrzegłam, że z metalowego daszka nie została jeszcze zdjęta cała folia zabezpieczająca. Próbując ją teraz zdjąć przekonałam się, że nie jest to proste, słońce zrobiło swoje. Dopilnujcie u siebie i nie przegapcie jak ja bo dołożycie sobie niepotrzebnej roboty..

Przy okazji na zdjęciu trzecim od końca zajawka tego co się dzieje pod naszym tylnym balkonem. Prace nad tarasem zmierzają do końca. Relacja wkrótce na blogu. Zapraszam :)



czwartek, 3 września 2015

Kuchnia - nadajemy własny sznyt


W poście TUTAJ opisałam rozkład zabudowy w naszej kuchni i pokazałam ją zupełnie surową. 
Kolejnym krokiem było sprawienie, aby kuchnia obecna w tysiącach mieszkań nabrała indywidualnego charakteru. A ponieważ była to już końcówka wykończenia domu, istotne też dla nas było, aby ten etap odbył się jak najmniejszym kosztem, a najlepiej .. bezkosztowo ;)

Zasadniczymi elementami wyposażenia mającymi nadać naszej kuchni indywidualnego charakteru miały stać się meble w jej części jadalnianej: stół, krzesła  i tablica kredowa. Wszystko udało się nam zrobić we własnym zakresie, wprawdzie sporym nakładem pracy, ale za to prawie bez nakładów finansowych:

O tym, jak powstał stół możecie przeczytać TUTAJ, o metamorfozie kupionych za drobne krzeseł TUTAJ, a o wykonaniu tablicy kredowej TUTAJ

Stojący na stole druciany kosz na warzywa to prezent na Dzień Matki od mojej starszej córki.

Stół rozświetla wypatrzony na allegro żyrandol, mający za zadanie dodać szyku kuchni i nadać jej nieco salonowego charakteru. Zwłaszcza, że jest ona otwarta na salon, a w salonie nadal lamp nie ma..

W części roboczej kuchni powiesiłam wyszperaną w internecie półkę, pisałam o niej TUTAJ
Swoje miejsce na niej znalazła piękna porcelana Johnson Bros z serii Old Britain Castles wyszperana na starociach i podarowana nam przez naszych przyjaciół. Ona również miała nadać kuchni nieco elegancji.

Dodatki na blacie to głównie prezenty od mojej przyjaciółki spędzającej więcej czasu w podróżach niż w domu.  Kastaniety przyleciały z Hiszpanii, tulipan z Holandii, matrioszki z Petersburga. Czerwienie świetnie nawiązują do czerwonej sofy stojącej w salonie, na który otwarta jest kuchnia.

Młynek do kawy dostałam od kolegów z pracy, filiżanki natomiast to prezent ślubny od starszej pani, nieżyjącej już obecnie sąsiadki moich rodziców, a kiedyś również mojej. 
Jak widzicie sentymentalny kącik.. 

Najnowszy nabytek to obrazek na ścianie między oknem a szafką. Akcent w języku francuskim musiał być ;)


Jak widać w kuchni sporo się dzieje, jest trochę wesoło i nieco nostalgicznie, zależy w którym kierunku powędruje wzrok.. 
Trochę jeszcze przed nami, ale już czujemy się tu swojsko, a przecież o to chodzi :)

Jeśli jesteś na etapie projektowania zabudowy kuchennej, zapraszam na post, w którym przedstawiłam dylematy, z którymi musiałam  zmierzyć rozmieszczając poszczególne elementy zabudowy: TUTAJ

niedziela, 23 sierpnia 2015

Ławeczka przed domem


Skupiamy się obecnie na sprawach sporego kalibru w wykańczaniu domu tj. taras i drewutnia więc staram się nie odciągać swojej uwagi od rzeczy zasadniczych dodatkami. Nie powstrzymałam się jednak od poszukiwań ławeczki pod okno przy wejściu do domu. Z tyłu domu jest słonecznie, z czego bardzo się cieszę, jednak w upalne dni to z przodu bawią się dzieci i szukają wytchnienia dorośli gdyż po godzinie 12 słonko chowa się za dachem i pojawia się przyjemny chłód. 
Wymarzyłam sobie ławkę drewnianą. Mogłam sobie na taką pozwolić gdyż pod oknem mamy położoną kostkę brukową, dzięki czemu drewniane nogi ławki nie będą grzęznąć w błocie. Dodatkowo centralnie nad ławką jest niewielki balkon tworzący nad nią zadaszenie.
Ceny ławek są niemałe zatem jak zwykle przeglądałam aukcje internetowe. I cóż, dzięki temu że powstrzymałam swoje zapędy przed i w pełni sezonu, teraz pod jego koniec wylicytowałam ławkę za .. niewiele ponad 100 zł.
Przy ławce znalazły swoje miejsce pelargonie, w terakotowej doniczce posadziłam wrzosy, obok stanęły latarenki.
Teraz walczę z trawnikiem przed domem, ale pogoda skutecznie niweczy moje wysiłki. Nie przejmuję się tym zbytnio, za trawniki zabiorę się na poważnie w przyszłym roku. Ważne, że mam ławeczkę ;)





wtorek, 18 sierpnia 2015

Grodzimy się!


Inwestor budujący domy w zabudowie szeregowej, w której mieszkamy oferował nam dodatkowe ary na tyle działki za grosze - tak było podczas kupna domu. Gdy przyszło do sprzedaży działki podał cenę za ar .. dwukrotnie wyższą od najdroższych działek w naszym mieście. A żeby była jasność - działka choć w dobrej lokalizacji, nie leży w centrum starego miasta i nie jest regularnym kwadratem tylko jest to klin pomiędzy naszym szeregiem a rodzinnymi ogródkami działkowymi. Po naradzie z sąsiadami (cztery sąsiadujące rodziny) decyzja zapadła szybko - odpuszczamy dodatkową działkę i grodzimy się na przynależnym nam terenie. Wolimy teren ciasny, ale własny. Zapadła też druga decyzja - robimy to sami, czytaj: własnymi rękami. Po co? Wiadomo - oszczędzamy!
Wspólnie zamówiliśmy geodetę, panele z siatki, słupki, bloczki betonowe oraz drewniane pergole z słupkami.


Nasi mężowie uzbroili się w łopaty, ręczne świdry do robienia dołów pod słupki i zabrali się do roboty. W największe upały - największe od 1921 roku, tak? Zaczynali o 8 rano, kończyli o 22 wieczorem. Część miała urlopy, kto nie mógł dołączał po pracy - wszyscy pracowali bez wytchnienia. Nie u siebie tylko po kolei, bez oglądania się, że ktoś krócej, ktoś dłużej, każdy dawał z siebie ile się da. Czasem wpadał krewny lub znajomy na piwo i też zakasywał rękawy bo atmosfera była przednia ;)
W południe pierwszego dnia efekt był taki - wiemy, że mamy gliniastą, pełną kamieni glebę i ręczne świdry na nic się zdadzą, trzeba pożyczyć spalinowy. Po kolejnej godzinie pracy, już ze spalinowym, wiadomo było, że dwóch mężów to za mało, żeby trzymać świder - raz uciekł i za nim gonili. Gdy trzeci mąż dołączył po powrocie z pracy, robota poszła jak z płatka - 25 otworów pod słupy było gotowych.
Kolejnym etapem było umieszczenie słupów pod siatkę w ziemi i zalanie ich betonem. Po zastygnięciu betonu między słupami umieszczone były gotowe bloczki. Teraz można było przykręcić siatkę. Na tylnej ścianie dla bezpieczeństwa wysoką, po bokach niższą, żeby móc podać rękę sąsiadowi. Bo musicie wiedzieć, że sąsiadów mamy pierwsza klasa! 


Siatkę postawiliśmy nie na całych bocznych ścianach gdyż przy tarasie postanowiliśmy postawić drewniane pergole, żeby zapewnić sobie nieco intymności. Szerokość jednej pergoli to 1,80 m, jest ich trzy, do tego słupki więc około 6 metrów jest osłonięte pergolami. Wystarczy.

Pergole stawialiśmy na końcu gdyż czas dostawy był dłuższy niż siatki, a kto by czekał? 
Ponieważ my z sąsiadami z lewej chcieliśmy pergole w kolorze dębu, a sąsiedzi po prawej w kolorze orzecha, to trzy pergole przyszły jedynie zaimpregnowane z farbami w wiaderkach - do pomalowania we własnym zakresie. I tu wkroczyły dwie żony - ja ze swojej stronie malowałam na dąb, koleżanka z prawej na orzech i tak w dwa dni przedyskutowałyśmy milion tematów. Jeszcze tylko daszki na słupki, też malowane na pół - wiadomo! i gotowe. Ogrodzenie wykonane pięknie, solidnie, równiutko. Jakby dla siebie robione ;)
Ale żeby nie było, że poszło tak szybko jak opisałam w poście. Dwa tygodnie ciężkiej pracy czterech panów w pełnym słońcu (wystawa południowo-zachodnia) w nieprzeciętnie upalne dni, w problematycznych chwilach czerpiących wiedzę z internetu. Panów pracujących na co dzień przy biurkach i bynajmniej nie w branży budowlanej.. Da się? Da! 
Co ważne, ogrodzenie może być względnie łatwo przeniesione - gdyby właściciel wolnej działki za nami spuścił z tonu.. Przyznam, że szkoda mi tych dodatkowych dwóch arów, które miałam mieć.
Co teraz? Dzieci nieco rozżalone bo są od siebie odgrodzone, a że każdy ma dwójkę więc zażaleń spłynęło sporo. Ale za to możemy w zaciszu zjeść na tarasie posiłek bez zaglądania sobie w talerz. Natomiast wieczorami zamiast na tarasach stawiamy krzesła na tyłach działek, żeby się widzieć przez siatkę i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy bo jest tyle tematów do obgadania. Teraz na tapecie ogród i drewutnia. I taras - jak widzicie kamień już czeka na wolny czas mojego męża. Ale to już w kolejnych postach :)



środa, 12 sierpnia 2015

Dylematy przy projektowaniu zabudowy kuchennej

We wcześniejszym poście TUTAJ opisałam naszą zabudowę kuchenną Metod "na wymiar". Poza kwestiami związanymi z dopasowaniem mebli z IKEA do niestandardowych wymiarów naszej kuchni pojawiały się też inne dylematy. Poniżej przedstawiam kilka z nich oraz swoje spostrzeżenia i zastosowane rozwiązania.


Najważniejszą i chyba najtrudniejszą do rozstrzygnięcia kwestią był kształt zabudowy.Choć kuchnię mamy wąską i długą to ciąg przy jednej ścianie odrzuciłam od razu - lubię mieć wszystko pod ręką. 
Ponieważ oryginalnie wejście do kuchni było bliżej okna, automatycznie nasuwała się koncepcja, aby meble postawić na planie litery "L". U nas byłby to ciąg szafek pod oknem i przy ścianie po prawej stronie na powyższym zdjęciu. Obawiałam się jednak, że przy "L-ce" będę miała zbyt mało szafek i blatów do dyspozycji. Odrzuciłam również dwa ciągi szafek stojące naprzeciw siebie, gdyż wykluczałoby to umiejscowienie zlewozmywaka pod oknem, które jest na węższej ścianie. A zlew pod oknem, jak pisałam ostatnio, był punktem wyjścia całego projektu :)
Ostatecznie zdecydowałam się na zabudowę w formie litery "U". Zastanawiałam się, czy przy tak wąskiej kuchni jak nasza nie będzie ciasno pomiędzy przeciwległymi ciągami szafek. Jak czytałam, 120 cm odstępu to minimum w tym miejscu, u nas zostawało 10 cm mniej. Na szczęście w praktyce okazało się, że szerokość 110 cm jest wystarczająca, swobodnie mogą korzystać z tej części kuchni dwie osoby równocześnie.

Aby postawić zabudowę w wybranym kształcie musieliśmy przesunąć wejście do kuchni i oddalić je od okna, a przy okazji poszerzyliśmy je do 1 m. Dzięki temu znalazło się ono naprzeciw schodów prowadzących z piętra zamiast jak wcześniej naprzeciw łazienki oraz jest bliżej zlokalizowanej pod schodami spiżarni. Poszerzenie wejścia do 1 m czyli szerokości schodów zdaje egzamin - jest przestrzenniej, a rankiem zaspani domownicy staczają się z piętra do kuchni niemalże po omacku ;)

Jako bonus zyskałam w przedpokoju miejsce na szafę na odzież wierzchnią - wcześniej wolna ściana była od strony salonu, teraz jest od strony wiatrołapu, który dzięki temu mógł pozostać niezabudowany szafą wnękową.

Kolejną kwestią budzącą moje wątpliwości była wysokość dolnych szafek, a tym samym poziom blatów gdyż ikeowskie szafki kuchenne są wyższe niż standardowo stosowane u nas. Wątpliwości spóźnione ponieważ przekonałam się o tym, jakie są wysokie gdy postawiliśmy pierwsze szafki na swoim miejscu w kuchni. Staram się być skrupulatna, ale ten temat umknął mi zupełnie..
Tym samym w naszej kuchni blat jest na poziomie 93 cm. Ja mam 160 cm i obawiałam się, że będzie zbyt wysoko. Przewertowałam kilka forów w poszukiwaniu informacji na ten temat i jak to zwykle bywa, zdania były podzielone. W praktyce okazało się jednak, że moje obawy były nieuzasadnione, szybko przyzwyczaiłam się do nowej wysokości blatów i po kilku miesiącach stwierdzam, że ma to sens - mój kręgosłup jest zadowolony :) O ile jednak do codziennego korzystania wysokość blatów jest komfortowa, to do wyrabiania ciasta jest za wysoko i wówczas przenoszę się na niższy stół kuchenny, który na szczęście został pomyślany tak, aby mógł służyć jako dodatkowy solidny blat roboczy.
Z uwagi na wysokie dolne szafki, przy zachowaniu ergonomicznej odległości pomiędzy blatem, a górnymi szafkami, te górne musiały zawisnąć wyżej niż standardowo i przy moim wzroście sięgnięcie na wyższe półki jest niemożliwe. Tutaj nieoceniony jest stołeczek ;) 

Kolejnym dylematem była wysokość zabudowy tj. czy zabudować kuchnię "pod sufit" - mogłabym w ten sposób zyskać więcej miejsca, uniknąć uciążliwego sprzątania góry szafek i schować rurę od wyciągu. Jednak zrezygnowałam z tego pomysłu gdyż nie chciałam zwężać optycznie kuchni. Z szafek pod sufitem i tak byłoby ciężko korzystać, a listwy wieńczące szafki skutecznie ukryły rurę, która teraz zupełnie nie rzuca się w oczy. Pozostaje kwestia czyszczenia wierzchu szafek, ale na szczęście przy indukcji powierzchnie nie zatłuszczają się tak bardzo jak przy kuchence gazowej. 

Podejmując tę decyzję miałam na uwadze, że mam długi ciąg szafek oraz spiżarkę, w przeciwnym razie zdecydowałabym się na zabudowę do sufitu.
Kolejną kwestią, nad którą się zastanawialiśmy to zabudowana lodówka obok piekarnika. I tutaj na forach zdania były podzielone. Ponieważ takie rozwiązanie pasowało mi idealnie,a producent sprzętów je dopuszczał, zdecydowaliśmy się na nie. Jak dotąd z lodówką nic złego się nie dzieje choć z piekarnika korzystam regularnie.

Bardzo istotna jest kolejność sprzętów AGD. Ja trochę naciągałam zasady choć ostatecznie wyszło wygodnie - z lodówki wyciągam składniki na blat po przeciwnej stronie (wystarczy obrócić się na pięcie;), gdzie jest krajalnica, chlebak i sporo wolnego miejsca do przygotowania posiłku. W dalszej kolejności jest zlewozmywak, w którym myjemy mięso, warzywa itp., dalej blat do krojenia oraz płyta kuchenna i piekarnik, oddzielone krótkim blatem. I znowu lodówka. Przy lodówce, ale nieco na uboczu jest stół, przy którym jemy posiłki. 

Pamiętajcie, że zmywarka powinna być bezpośrednio przy zlewozmywaku, a lodówka niech otwiera się na blat roboczy zamiast na jadalnię lub np. salon, jeśli kuchnia jest otwarta. 
Stawiając zlewozmywak pod oknem upewnijcie się, że po zamontowaniu wylewki okno się otworzy. Jeśli nie, to nie zarzucajcie pomysłu, dostępne są baterie z uchylną wylewką. Uwaga: na drodze okna może stać nie tylko wylewka, ale również dźwignia. Tak było u nas, ale dźwignia umiejscowiona z przodu wylewki załatwiła sprawę:

Pewnie zauważyliście brak przeszklonych szafek. W moim projekcie były obecne prawie do momentu zakupu, ale w ostatniej chwili górę wzięła praktyczna strona mojej natury. Cóż, na razie mam więcej do schowania niż eksponowania, jak tylko to się zmieni to wymienię drzwiczki na przeszklone :) 

Tematów, z którymi musieliśmy się zmierzyć  było rzecz jasna więcej, ale myślę, że te najważniejsze w naszych oczach, przytoczyłam. W każdym budzącym nasze wątpliwości przypadku rozważaliśmy "za" i "przeciw" i staraliśmy się wybrać tę opcję, w której przeważały plusy. Nie łudzę się jednak, że nasze decyzje były w pełni obiektywne. Niejednokrotnie trzeba było wybrać pomiędzy stroną praktyczną, a estetyczną - a co ma priorytet to już rzecz indywidualna ;)

piątek, 7 sierpnia 2015

Stojak z nierdzewki na ręcznik papierowy - szybka przemiana



Szybki post bo szybka metamorfoza ;) 
Stary, chyba ponad dziesięcioletni stojak ze stali nierdzewnej na ręczniki denerwował mnie okrutnie. Nieco zniszczony, ale cały i potrzebny więc nie wyrzucałam. A że ciągle zapominałam kupić nowy to ten trwał, służył i drażnił.
Wyglądał tak:

Wczoraj postanowiłam, że koniec z nim! Zostało mi trochę białej (a jakże!) matowej farby w sprayu do metalu, której użyłam do odnowienia zdewastowanych podczas budowy taboretów kuchennych (do obejrzenia metamorfozy zapraszam TUTAJ),



postanowiłam zatem stojak przemalować. Upał był ogromny więc zrobiłam to na zewnątrz wykorzystując ostatnie chwile betonowej wylewki, która wkrótce stanie się pełnoprawnym tarasem.
Przed malowaniem stojak odtłuściłam, następnie prysnęłam farbą. Po wyschnięciu obróciłam (z uwagi na pogodę już za jakieś dwie godziny ;), żeby pomalować tę jego część która wcześniej była niedostępna. Ot i tyle roboty ;) 

Teraz wygląda tak:


Niby nic, a cieszy :)