Translate

czwartek, 15 stycznia 2015

Wyrzynarka vs. maszyna do szycia 0:1. Moje pierwsze firanki.



Jak co roku przed świętami otrzymałam pytanie od męża co chcę dostać pod choinkę. Odpowiedziałam, że chętnie wyrzynarkę lub maszynę do szycia. Nie miałam pojęcia o obsłudze żadnego z tych urządzeń, ale wiedziałam, że potrzebuję zrobić sobie talerzak bo nigdzie nie mogłam znaleźć takiego, który by mi pasował (albo kształt nie ten, wymiary nieodpowiednie, nie ta cena) oraz uszyć ozdobne poszewki na poduszki.
Pod choinką znalazłam śliczną, w niebieskie kwiatuszki ... maszynę do szycia.

środa, 14 stycznia 2015

Tablica kredowa ujęta w ramę


Ponieważ bardzo modne i wszędzie reklamowane są farby tablicowe, moje córki zażyczyły sobie, żeby w ich pokojach pomalować w ten sposób po jednej ze ścian. Wyobraziłam sobie pył z kredy leżący pod ścianami, a następnie roznoszony po całym domu. Poza tym obawiałam się, że w przyszłości pomalowanie tej ściany zwykłą, jasną farbą może być problematyczne. 
Zaproponowałam, że kupię tablicę, na której będziemy mogli robić zapiski i pomysł został zaakceptowany. Uff.
Pomimo poszukiwań nie udało mi się znaleźć tablicy do malowania kredą, która by mi się spodobała na tyle, żeby powiesić ją w centralnym punkcie domu. Postanowiłam zatem zrobić ją częściowo samodzielnie, to znaczy kupić ramę i oprawić w nią dyktę pomalowaną farbą tablicową.
W internecie znalazłam drewnianą ramę - lekko rozbieloną. Spodobał mi się jej kształt pasujący do innych mebli w domu. Poza tym odpowiadał mi rozmiar. Koszt to ok. 40 zł.


Już oryginalnie w ramę oprawiona była dykta, na której można było położyć np. lustro. Ja natomiast pomalowałam dyktę najpierw farbą magnetyczną, a po kilku dniach farbą tablicową do malowania kredą. Tak poradziła mi pani w sklepie z farbami.
Ponieważ puszka farby tablicowej kosztuje 50 zł/l czyli w sumie za magnetyczną i kredową musiałabym zapłacić 100 zł, a wykorzystałabym ich zaledwie część, na allegro wyszukałam farbę magnetyczną sprzedawaną w małych słoiczkach za ułamek tej ceny. Natomiast farbę pod malowanie kredą kupiłam w puszce 1l ponieważ moje córki chcą mieć tablice w swoich pokojach.


Pozostało tylko włożyć dyktę w ramę, w ścianę wbić gwoździk i praca skończona.
U nas tablica wisi w kuchni nad stołem, takie rozwiązanie sprawdza się idealnie. Nie sposób przeoczyć informacji tam zapisanych gdyż nie dość, że wisi nad stołem przy którym każdy z nas zasiada kilka razy dziennie, to jeszcze jest dokładnie na wprost schodów, którymi schodzimy z naszych pokoi na dół.
Polecam to rozwiązanie. Jest użyteczne, a jednocześnie eleganckie. Poza tym zaskakujące - nie było gościa, który nie spytałby co to jest i że chce mieć coś takiego u siebie. Koniec z żółtymi karteczkami na lodówce ;)




Przed zastosowaniem farby magnetycznej dokładnie wymieszajcie farbę. Ja tego nie zrobiłam jak należy, opiłki żelaza w sporej ilości zostały na dnie puszki zamiast znaleźć się na tablicy i niestety magnesy nie trzymają się tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła. Za to kredą pisze się po tablicy wyśmienicie. Tablicę ścieram na mokro i nic złego nie dzieje się z farbą.

wtorek, 13 stycznia 2015

Najważniejszy jest stół



To jaki ma być wiedziałam od dawna. Jeszcze zanim pomyśleliśmy o domu wiedziałam, że chcę, żeby był duży. Nie tylko długi, ale także szeroki, że siedząc wokół niego zostanie wystarczająco miejsca na środku na przekąski, świeczki, dzbanuszki, wazon z kwiatami, misę z owocami, czego dusza zapragnie.
Taki stół, choć nie aż tak duży, mieliśmy na naszym pierwszym mieszkaniu w kuchnio-jadalni i to przy nim, zamiast w salonie siadali nasi goście. W kolejnym mieszkaniu kuchnia nie pozwoliła na umieszczenie tam stołu - patrząc z tej perspektywy był to niezły patent na zagonienie gości do salonu..
Nowy stół miał być dębowy, olejowany, z białymi nogami. Dębowy i olejowany gdyż chciałam, abyśmy ja i moje dzieci, miały miejsce do "pracy twórczej" nie zważając, że można stół uszkodzić. A jeśli się już uszkodzi to tylko doda mu się urody.

Ponownie kwestia ceny zaważyła na decyzji. Taki stół, jaki sobie wymarzyłam kosztował 2-3 tysiące zł. Zatem zakasałam rękawy ja, zakasał też tato męża - wprawdzie nie stolarz z zawodu, ale z zamiłowania i owszem.
W sklepie stolarskim zamówiłam cztery nogi bukowe - z surowego drewna. Cena jednej nogi to 25 zł. 
Zastanawiałam się  skąd wezmę deski dębowe z sękami - im większymi tym lepiej. Okazało się, że takie deski ma teść właśnie, z powodu sęków odstawione na bok do spalenia. Niezbyt duże wprawdzie - planowałam, że blat będzie wykonany z szerokich dech - ale skoro do spalenia, to nad czym się zastanawiać gdy każdy grosz się liczy. Wymierzyłam jaki największy stół zmieści się w kuchni i blat zaczął powstawać.
Ja tymczasem po dwóch tygodniach oczekiwania dostałam zamówione nogi. Kupiłam Sadolin w kolorze złamanej bieli i wałeczkiem nałożyłam trzy warstwy - po jednej dziennie. Do malowania wgłębień niedostępnych dla wałka miałam pędzelek z gąbki. 
Zamawiając nogi zdałam się na intuicję. Choć słyszałam potem opinię, że lepsze byłyby masywniejsze, ja jestem bardzo zadowolona z efektu. Nie chciałam, żeby stół wyglądał zbyt ciężko, karczemnie, wolałam żeby był elegancki i szykowny, trochę shabby chic. I wydaje mi się, że taki jest.
Po zbiciu blatu pozostało jego wyszlifowanie i pokrycie olejem. Do olejowania blatu włączyła się moja czternastoletnia córka. Olej  pozostał nam po olejowaniu blatów w kuchni więc mogę uznać, że był za free ;) Olejowanie zostało powtórzone kilkakrotnie, żeby dokładnie zaimpregnować drewno. W kuchni jest ono dość mocno narażone na działanie wody i tłuszczu. A dzięki olejowaniu zabezpieczone jest lepiej niż lakierem. Poza tym takie zaolejowane drewno ma wspaniałą barwę i pięknie się starzeje.
 Trochę żałowałam, że deski wybrane przez teścia nie miały jeszcze więcej sęków. Choć z drugiej strony na stole kuchennym roi się od okruszków więc chyba taki najeżony sękami blat, w które okruszki by wpadały, byłby uciążliwy do sprzątania i bez pomocy odkurzacza by się nie obyło.. ? A odkurzanie zdecydowanie nie jest moim ulubionym zajęciem.
Zmontowanie całości to jest nóg, blatu oraz bocznych deseczek z pomocą metalowych kątowników zajął się tato męża. Te boczne deski być może nie są konieczne gdy stół zostaje postawiony w jednym miejscu na stałe. Ale moim zamysłem było, żeby stół można było przenosić do salonu i zestawiać ze stołem tam stojącym. Choć mieści się przy nim swobodnie 8, a z biedą 10 osób, zdarza się, że taka ilość miejsc jest niewystarczająco. Przy większych imprezach stół z kuchni będzie lądował w salonie przy tamtym, a że jest bardzo ciężki, takie deski są wskazane gdyż wzmacniają całą konstrukcję i przy przenoszeniu się nie rozpadnie. Nogi zamocowalismy prawie w samych rogach, żeby maksymalnie wykorzystać przestrzeń na krzesła. 



Chcąc zestawiać ze sobą dwa stoły warto, aby miały taką samą wysokość. Zamawiając nogi do naszego stołu możemy zamówić je w długości, jaka nam odpowiada, a jeśli nie to kupić nieco dłuższe i dociąć we własnym zakresie odcinając naddatek od góry. Zestawione stoły będą wyglądały bardziej elegancko i będą zdecydowanie praktyczniejsze.
U mnie wysokość jest taka sama, za to szerokość różna - stół w salonie jest węższy. Był kupiony kilka lat temu i robiąc obecny stół do kuchni priorytetem dla mnie było, żeby był szeroki i wygodny. W końcu używany jest na co dzień, a imprezy na kilkanaście osób to kilka wieczorów w roku.
Ostatecznie stół wygląda tak, jak sobie wymarzyłam, nie zmieniłabym w nim nic. A zapłaciłam 100 zł za nogi, chyba 30 zł (nie pamiętam dokładnie) za Sadolin. Deski i olej miałam. Do tego sporo pracy, ale to akurat sama przyjemność - i piszę to zupełnie poważnie.

Przy stole zasiadamy codziennie do wspólnych posiłków. Siadam przy nim z maszyną do szycia. Moje dziewczyny lepią przy nim masy solnej. A nasi goście kierują tam swoje kroki i siadają nie pytając czy może jednak w salonie. Siadają na krzesłach również przeze mnie odnowionych - tym razem w stu procentach samodzielnie. I tym razem zakupionych i odnowionych, co ważne dla mnie, za bardzo nieduże pieniądze. Postaram się napisać o nich wkrótce.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Szafa - na dobry początek

Szukając pomysłu na przechowywanie ubrań wierzchnich w przedpokoju niedaleko drzwi wejściowych zamarzyłam o szafie w stylu tzw. shabby chic, czyli starej, z widocznymi oznakami czasu, ale jednak szykownej.
Zamysł mój był, żeby w domu królowały beże i biele, unikałam także przedmiotów krzyczących swoim designem, że to już XXI wiek. Szafa zatem doskonale miała wpisać się w zaplanowaną stylistykę. 

Rozpoczęłam poszukiwania w sklepach internetowych i po paru minutach już wiedziałam, że będzie to wydatek rzędu 3-5 tys.  Były też droższe rzecz jasna. Przerzuciłam się zatem na olx i allegro i po kilku tygodniach poszukiwań znalazłam szafę, która wyglądała na taką, o jaką mi chodzi. A właściwie taką, która będzie dobrą bazą, gdyż wymagała, jak się później okazało, kapitalnego remontu. Szafa znajdowała się ok. 30 km od mojej miejscowości. Kosztowała 450zł. Zadzwoniłam, pojechaliśmy.
Stała w starym, od dawna niezamieszkanym domu, przeznaczonym obecnie na sprzedaż. Jak telefonicznie zapewnił właściciel, drewnojadów w szafie nie było, co uśpiło moją czujność.
Szafa była sosnowa, w nienaturalnym kolorze drewna i, jak okazało się później - zamieszkana.

Za to historię ma piękną. Wykonana w roku 1938 dla mamy pani, od której szafę kupiliśmy, jako szafa posagowa, przez brata panny młodej.



Ale wróćmy do mieszkańców szafy. Były to, jak wyczytałam w internecie, kołatki czyli szkodniki żerujące w starych drewnie drzew iglastych. O ich obecności świadczą otworki o średnicy ok. 1mm, z których wysypuje się mączka, jeśli larwy kołatka nadal tam przebywają. W mojej szafie zdecydowanie przebywały. Masowo.
Na szczęście szafę wywieźliśmy do rodziców mojego męża i postawiliśmy ją w budynku gospodarczym, nie narażając naszych ani ich parkietów na atak żarłaczy. Zakupiłam kilka rodzajów środków chemicznych i zaczęłam eliminację. Ciarki chodzą mi po plecach na samo wspomnienie.. Na pierwszy rzut poszedł środek, który wstrzykiwałam do otworków za pomocą strzykawki. Z uwagi na ilość otworów, gdy szłam do pracy, operację kontynuował teść. Ponieważ wyczytałam, że skuteczne jest zanurzenie mebla w środku na drewnojady, co w przypadku szafy nie wydaje się możliwe, miejsca szczególnie spenetrowane przez szkodniki zalałam dodatkowo kolejnym z serii zakupionych preparatów. Żeby wzmocnić ich działanie, szafę owinęłam folią stretch i zostawiłam na kilka dni. Po rozfoliowaniu śmierdzącą niemiłosiernie szafę zostawiliśmy w spokoju na jakiś miesiąc, żeby wywietrzała.
Po jako takim wywietrzeniu - bo niestety miesiąc to zbyt mało, żeby pozbyć się smrodu mikstur -  przystąpiliśmy do czyszczenia szafy, Szafa pokryta była jakąś dziwną farbą, ale w końcu za pomocą szlifierki udało nam się ją usunąć. Tutaj muszę napisać, że lwią część pracy wykonał mój teść. Poza czyszczeniem wzmocnił konstrukcję szafy demontując i montując niektóre jej elementy od nowa.

Po wyczyszczeniu szafę pomalowałam farbą akrylową - jednowarstwową, jak twierdził w sklepie pan, który mi ją polecał - ale warstw położyć musiałam dwie. Zaczęłam od malowania detali szerokim pędzelkiem z gąbki, ściętym na końcu. Świetnie sprawdził się w przypadku rowków, których w szafie nie brakuje. Płaskie powierzchnie pomalowałam wałkiem. Na koniec delikatnie przetarłam szafę na rantach, żeby dodać jej charakteru starego mebla.
W międzyczasie zakupiłam okucia w sklepie internetowym. Ponieważ nigdzie nie mogłam znaleźć czarnych, kupiłam mosiężne i pomalowałam je sprayem do metalu i tworzyw w kolorze czarny mat, kupionym za jakieś 8-10 zł. Okucia założył mój mąż. W naszym zakresie wykonana została też drewniana poprzeczka na wieszaki, której w zakupionej szafie nie było. Dorobione zostały również prowadnice do dolnej szuflady, których oryginalnie szafa nie posiadała, jednak bez nich korzystanie z tej szuflady byłoby uciążliwe, a teraz radzi sobie z nią nawet moja pięciolatka.



Ostatecznie szafa wygląda jak na zdjęciach. Stoi u nas od miesiąca i doskonale sprawdza się w swojej roli. Planuję przetarte fragmenty pociągnąć kremem w kolorze patyny, ale na ten zabieg czeka jeszcze kilka mebli. I chociaż krem został już kupiony, w natłoku różnych prac akurat na to nie starcza mi czasu.